sobota, 25 lutego 2012

14.

Promienie porannego słońca przebiły się przez moje okno i los chciał by padły na moją, lekko zaspaną twarz. Po tym jak już niechętnie rozchyliłam powieki mrużąc je przed uporczywym słońcem, które nie przestawało świecić mi w twarz nawet kiedy już się obudziłam, uciekłam przed promieniami wstając z łóżka razem z kołdrą.
- Co jest? – w moim pokoju rozległ się niski głos powodujący, że raptownie się odwróciłam i wytrzeszczonymi oczami spojrzałam w stronę mojego łóżka, skąd dobiegał głos. 
- Czemu nie wróciłeś do domu? – owinęłam się kołdrą.
- Nie chciałem, żebyś się obudziła. Szybko zasnęłaś. – Bieber patrzył na mnie mrużąc oczy. Czyżby słońce dręczyło również jego? Jakim cudem nie zauważyłam, że półnagi nastolatek leży obok mnie? Tylko ja tak potrafię.
- Dobra, nieważne. W każdym razie, mógłbyś się ubrać? – popatrzyłam znacząco w jego kierunku.
- Nie mówiłaś, że masz rodzeństwo – zmienił temat opierając głowę na mojej poduszce – twój brat był tu wczoraj i podziwiał jak słodko śpisz.
- Super. Rozmawiałeś z nim?
- Fajny gość. Jesteście podobni, nawet bardzo. – uśmiechnął się – nie będziesz na mnie wrzeszczeć?
- Za co? – rzuciłam w niego kołdrą.
- Nie wiem, ty lubisz na mnie krzyczeć. Albo mnie nienawidzić.
- Dobra, daj spokój i nie rób z siebie ofiary. Nie będę się darła bo wystraszę siostrę.
- Siostrę? – wtrącił szybko – dużo masz jeszcze tego rodzeństwa?
- Tylko dwójkę. Wybacz, pójdę się ubrać, a ty mógłbyś wziąć ze mnie przykład. Jeżeli chcesz to mogę dać ci jakieś ciuchy mojego brata.
- A mogłabyś? – popatrzył na mnie wzrokiem, którego jeszcze nigdy nie widziałam na jego twarzy. Odrętwiałam na moment, a kiedy już wróciłam do świata żywych, odpowiedziałam:
- Tak, jasne. Poczekasz, czy już mam iść?
- Spokojnie, poczekam. – uśmiechnął się ciepło – masz bardzo wygodne łóżko.
- Mhm. Jeżeli jesteś głodny to zejdź na dół. Chociaż szczerze odradzam. Lepiej zaczekaj na mnie. – odeszłam kawałek dalej po czym zniknęłam za drzwiami pokoju zostawiając go samego.
Ciekawa sytuacji w domu, zamiast do łazienki, zeszłam na dół. Wszędzie stały kartonowe pudła, ale rodziców ani śladu. Przeszłam przez salon potykając się o mniejsze kartony i zajrzałam do piwnicy, gdzie drzwi były otwarte. Usłyszałam kolejną wymianę słów i rozpoznawszy głosy rodziców, momentalnie odwróciłam się na pięcie i podążyłam do wcześniejszego celu.

- Potrzebuje ubrań. – wpadłam do pokoju brata podchodząc od razu do jego szafy. Wcale nie zaskoczyłam się tym, że moje wejście go obudziło.
- Młoda, nie masz co robić tylko wpadać do mnie w środku nocy?
- Jest prawie południe, braciszku. – mruknęłam nie odrywając wzrok od półek pełnych ubrań.
Daniel przewrócił się na drugi bok i sięgnął po zegarek po czym zaspanym wzrokiem gapił się na wskazówki.
- Wstawaj, wiesz, że dzisiaj mama się wyprowadza. Chyba nie chcesz, żeby jeszcze tego dnia się na ciebie wydzierali. – oznajmiłam sięgając jakieś ciuchy z szafy i wyszłam.
Rzuciłam ubraniami w wylegującego się na moim łóżku Biebera obdarzając do znaczącym wzrokiem – masz 10 minut. Wszystko co ci potrzebne znajdziesz na półce, obok umywalki, a jeżeli nie wiesz jak trafić do łazienki to korytarzem prosto, trzecie drzwi po lewej. – chłopak popatrzył na mnie lekki zbity z tropu jednak po tym, jak rzuciłam mu kolejne, poganiające spojrzenie ruszył na poszukiwanie łazienki.
W tym czasie kiedy go nie było, nerwowo sprzątałam pokój. Dziwne było to, że wszędzie leżały moje rysunki i nie wiem jakim cudem skoro Justin odkładał je z powrotem do teczki.
- Kurde, co jest z tobą? – podskoczyłam kiedy usłyszałam głos nastolatka za mną – coś się stało? – dopytywał.
- Chcesz żebym zawału dostała?!
- A już było tak miło kiedy nie wrzeszczałaś… co się stało?
- Nic, no. – warknęłam – idziemy na dół – oznajmiłam drżącym głosem.
Justin niepewnie szedł za mną. Ja jednak zatrzymałam się na schodach widząc jak moi rodzice znowu się na siebie drą, nawet w takim momencie. A ja uważałam ich za spokojnych i rozważnych ludzi. Szkoda tylko, że Justin musiał na to patrzeć.
- Siostra. – z rozmyślań wyrwał mnie Daniel – chodź na zewnątrz. Ty też. – spojrzał na Justina. Chwile później byliśmy przed domem, a krzyki nadal docierały do moich uszu.
- Przepraszam, że musiałeś być tego świadkiem. – popatrzyłam na chłopaka, który był kompletnie rozkojarzony.
- To nie jest twoja wina – popatrzył na mnie z ogromnym współczuciem wypełniającym jego spojrzenie.
- Chyba powinieneś już iść.. – mówiłam nadal wbijając w niego wzrok.
- Nie, no coś ty, Destiny. Pomogę wam, pewnie będziecie musieli tacha te wszystkie pudła.
- Justin, przestań. Widzisz jak to wygląda. Nie ma sensu, żebyś tu siedział i jeszcze nam pomagał. My sobie damy rade, niekoniecznie z tobą.
- Ale co ty w ogóle do mnie mówisz, Destiny? Skoro już tu jestem to czuję się zobowiązany, aby pomóc komuś takiemu jak ty i koniec tematu. – powiedział stanowczo gestykulując rękoma.
Warknęłam nieprzyjemnie rezygnując z dalszej dyskusji. Wlepiałam wzrok w Biebera, który nadal patrzył na mnie zbyt stanowczo. Oprócz tego, że Justin stał przede mną, wiedziałam tylko, iż obok znajduję się jeszcze Daniel, który trzyma moje ramię. Przynajmniej na tyle byłam się w stanie zorientować.
- Dobra, rób jak chcesz. – burknęłam po chwili milczenia. Chętnie poszłabym wtedy do swojego pokoju, ale kiedy tylko ruszyłabym się, mój brat zacisnąłby słoń mocniej nie pozwalając mi wejść między wymianę słów rodziców. Mogłoby to się skończyć paskudnym siniakiem na moim ciele.
Justin stał i gapił się na mnie kiedy pod dom podjechał duży, biały samochód. Brama się otworzyła, a mama szybko zjawiła się na zewnątrz z pierwszym pudłem. Moją reakcją było oderwanie się od brata i pociągnięcie go za sobą do domu po kolejne kartony. Bieber szybkim krokiem nas dogonił i po krótkim czasie, kolejno wynosiliśmy rzeczy.
- A ty co tu robisz? – z białego samochodu wyskoczyła mała brunetka o znajomej twarzy. Odwróciłam się słysząc krzyk za sobą i zobaczyłam Carmen rzucająca się na Biebera.
- A ty? – wyraźnie oburzony i zdziwiony warknął na nią. Stanęłam lekko zmieszana wpatrując się w scenkę.
- Ciekawe co mogę tu robić, Bieber. Mój ojciec zabiera matkę mojej siostry do nas. Jak się okazuję, dobrze, że tu jestem. Powiedziałam ci już coś na ten temat. Odpierdol się, Bieber. Nie będę się powtarzać.
- Odwal się. – parsknął odwracając się od niej. Żeby nie zwrócić na siebie uwagi, odwróciłam się i zaczęłam dalej iść w kierunku domu.
- Destiny! – usłyszałam piskliwy głos Carmen za sobą, momentalnie przyspieszyłam kroku i szybko zniknęłam za drzwiami zatrzaskując je. Oparłam się o nie i nasłuchiwałam głosów, które nie ustawały po drugiej stronie.
- Co ty wyprawiasz? – to na pewno był rozwścieczony Bieber.
- Puść mnie kretynie! – usłyszałam pisk – nie będziesz tak traktował mojej siostry, zrozumiano?
- Nic jej nie robię! Czegoś się mnie tak uczepiła?!
- Nic? Spałeś z nią. Wykorzystałeś. I nie tłumacz mi, ze nie stawiała oporów bo wiem jak było ze mną! Jesteś zwykłą świnią! Ja to ja, ale ją zostaw w spokoju i trzymaj się od niej z daleka! – ostatnie zdanie powiedziała znacznie ciszej, więc ledwie mogłam usłyszeć.
- Destiny, w porządku? – mama nagle pojawiła się przede mną. Podniosłam na nią niepewne spojrzenie. – Skoro tak, to proszę cię, zanieś to do samochodu – podała mi karton oblepiony taśmą. Wzięłam pudełko i marzyłam o tym, żeby tej dwójki już tam nie było.
- Destiny! – krzyknęła brunetka kiedy tylko pokonałam kilka stopni przed wejściem. Zatrzymałam się krzyżując nasze spojrzenia.
- Skąd ty się tu wzięłaś? – udawałam, ze w ogóle nie jestem zainteresowana tym, co usłyszałam. Ba, robiłam za głupka i udawałam, ze w ogóle nic nie słyszałam.
- Twoja mama się do mnie wyprowadza. Przyjechałam z tata po nią. – oznajmiła cicho.
- I nic mi wcześniej nie powiedziałaś?! Dobrze wiesz, że nie wiem o co im poszło – warknęłam omijając ich.
- Jak miałam ci powiedzieć skoro ten idiota cały czas się obok ciebie kręci? – dogoniła mnie.
- A co to ma do rzeczy? – nie patrzyłam na nią.
- Może to, że on wie o wszystkim i myślałam, że dręczył mnie po to, żeby ci opowiedzieć wszystko tobie.
W jednej chwili gwałtownie się zatrzymałam kierując wzrok na Biebera – wiesz?! Dzięki, Bieber. Już zaczynałam cię lubić. – obdarowałam go złowrogim spojrzeniem po czym znowu wróciłam do Carmen – a wy, co macie do siebie? – zapytałam zaciekawiona.
- Nic! – wrzasnęła brunetka – jak można mieć coś wspólnego z taką świnią?! Łączy mnie z nim dokładnie to, co połączyło was. – spojrzała na mnie stanowczo – nie mogę uwierzyć, że jesteś tak naiwna, Destiny. Kiedy pierwszy raz z tobą rozmawiałam, wydawałaś się wręcz straszyć chłopców swoim mocnym charakterem. Jakim cudem my możemy być spokrewnione… - przewróciła oczami krzyżując ręce na piersiach.
- Jak to spokrewnione!? – wrzasnęłam niemalże upuszczając pudło, które miałam w rękach.
- Normalnie, Destiny. Mamy wspólnego ojca. – parsknęła – facet, który cię wychowuje jest ojcem twojego rodzeństwa, nie twoim.
Zatkało mnie. Poczułam ucisk w żołądku kiedy dotarło do mnie, to co mówiła… moja siostra, o ile te słowa były prawdą. Tak, przecież nie miałam żadnej pewności, żadnego dowodu.
- Jaką mam pewność, że to prawda?
- Twoja matka nie jest dobrym przykładem do naśladowania, Destiny. Najpierw puściła się z moim ojcem, wtedy ‘twój’ ojciec jej wybaczył i wychował cię, ja własną córkę, ale teraz to się powtórzyło. Twoja matka znowu wtargnęła do życia twojego biologicznego ojca, tym razem rozpieprzając małżeństwo.
Przestałam wydobywać z siebie jakiekolwiek dźwięki. Znowu ją wyminęłam i wrzuciwszy niesiony karton pobiegłam do domu ukrywając łzy.
Jak to w ogóle jest możliwe? Nigdy nie odczuła, że czymś różnie się od Daniela i Marie. Wręcz przeciwnie. Bardzo kochałam ojca, nawet był mi bliższy niż rodzicielka. Od niego również czułam bijące uczucie i troskę, przecież on nawet skakał z przerażenia kiedy przewróciłam się na rowerze w wieku sześciu lat.
___________________________________
Cześć!
Witam nowych czytelników i bardzo dziękuję tym, którzy są tu od początku :) ♥
Mam złe wieści, jeżeli chodzi o pisanie kolejnych rozdziałów. Nie, nie przestanę pisać, a przynajmniej  będę się starać gdyż kompletnie nie mam pomysłów na dalsze losy bohaterów. Może to dlatego, że nie wiem jak długo powinnam ciągnąć to opowiadanie, a przynajmniej tę, pierwszą część. Może kiedyś pomyślę o kontynuacji :)
Nie ukrywam, że chciałabym, abyście komentowali ponieważ do listy czytelników dołączają kolejne osoby,  za co bardzo dziękuję, jednak w końcu nie wiem czy wszyscy to czytają i czy nie rozsyłam bez sensu bo i ja tracę czas gdyż ktoś inny mógłby dostać wiadomość wcześniej i ten ktoś inny denerwuję się, że dostaje niepotrzebne wiadomości. Jeżeli ktoś chciał być powiadamiany, a nie czyta to piszcie, nie ma problemu.
Idę rozsyłać powiadomienia, trzymajcie się ciepło, do następnego rozdziału ♥
~ms.M