piątek, 20 lipca 2012

22.


Tamtej nocy, kiedy wyszłam z jego domu, myślałam, że zwariuję. Było to jednocześnie bardzo odważne posunięcie z mojej strony. Twierdziłam, że nawet jeśli nikogo nie będzie we wskazanym miejscu to i tak nie zawrócę. Będę wręcz z siebie dumna. Tak więc się stało.
Wskazówki zapisane w liście doprowadziły mnie do nocnego klubu. Weszłam do środka z przekonaniem, że ktoś, kto przypominałby mężczyznę w garniturze. Ciemne włosy, domyśliłam się, że oczy również. Drink w dłoni. Niespokojnie drgająca noga oparta na krześle. Odetchnęłam z ulgą kiedy dostrzegłam kogoś takiego. Obawiałam się jednak, że to po prostu załamany biznesman, który właśnie stracił sporą cześć swojego majątku, albo dowiedział się, że jego żonie nie wystarczą tylko pieniądze, przez co znalazła sobie młodszego poszukiwacza przygód ze starszymi kobietami.
Mimo burzy myśli szumiących mi w głowie, podeszłam do baru i usiadłam tuż obok podejrzanego o bycie nadawcą listu.
„ Kiedy przyjdziesz, na pewno Cię rozpoznam, więc nie musisz martwić się o to, jak się odnajdziemy…” – tak właśnie pisał, dlatego siedziałam wgapiona w swoje splecione na barze dłonie olewając jednocześnie barmana, który szybko przerwał wycieranie kieliszków kiedy podeszłam.
- Co dla pani? – dopytywał natrętnie.
Niemal podskoczyłam słysząc jak odzywa się mężczyzna siedzący obok.
- Dwa razy to samo. – skinął głowa na kelnera wskazując na opróżniony kieliszek, w którym pozostała jedynie papierowa parasolka. – Uciekłaś. – nie patrzył na mnie, ale wiedziałam, że jego słowa skierowane są do mnie. – Myślałem już, że nie przyjdziesz.
Nie wiedziałam co odpowiedzieć. W końcu odważyłam się na niego spojrzeć, on również dopiero wtedy skierował swój wzrok na mnie.
Lekki zarost chyba dodawał mu lat, ale świetnie wyrównywały to czekoladowe oczy mężczyzny, które błyszczały radością nawet kiedy mina mówiła coś innego. Nie mógł mieć więcej niż 30 lat. Włosy miał gęste i tak ciemne, że niemal zlewały się z tłem wnętrza klubu, zmieniając się w ciemną plamę.
- Jak minęła podróż? – zapytał głosem starego przyjaciela, który czekał na rozmówcę od co najmniej tygodnia ze zniecierpliwieniem. Dokładnie tak, jakbym wcale nie uciekła z domu Marshawa narażając swój tyłek na niezłe kłopoty.
Tu, ni stąd ni zowąd zaczęłam mu opowiadać o moich problemach z wyjściem poza opustoszałe tereny kryjące się po drugiej stronie wielkiej rezydencji młodego przestępcy. Dopiero po co najmniej godzinie wędrówki na oślep, spostrzegłam światła latarni oświetlających niewielką ulicę. Kiedy tam dotarłam okazało się, że mają nawet chodniki. Czyli upewniłam się w tym, iż jednak nie wywiózł mnie na kompletnie odludzie. Skręciłam w prawo słuchając własnej intuicji i dotarłam do budynków, które nie wyglądały na możliwe do zamieszkania, ale jednak światła w oknach były zapalone. Uznałam, że jestem na dobrej drodze. To właśnie wtedy zaczęłam czytać nazwy ulic na budynkach, czy patrzeć na znaki wskazujące drogę głównie kierowcom. Poradziłam sobie, pytałam tylko dwoje ludzi o drogę, więc nie jestem aż taką fajtłapą.
Kiedy opowiedziałam mu już o przebytej drodze, trwającej niemal całą noc (na miejsce dotarłam o 4 nad ranem) zaśmiał się życzliwie i upił łyk drinka, którego kelner właśnie postawił przed nim.
- Gratuluję. Właśnie uratowałaś swój tyłek. – to słownictwo również nie mogło świadczyć o wysokim wieku faceta – Teraz pozostaje Ci tylko mi zaufać.
- Po tym, co już zrobiłam tej nocy, to zadanie wydaje się być proste niczym drut. – westchnęłam –  ale potrzebuje się przespać.
- Więc chodźmy. – wstał i stojąc zwrócony do mnie przodem, oczekiwał aż również podniosę swoje cztery litery. Po upływie kilku sekund, zrobiłam to i poszłam jego śladami kierując się do wyjścia z pomieszczenia.
Zaprowadził mnie kilka ulic dalej, gdzie zaparkował samochód.
- Za bardzo go lubię, żeby narażać na ryzyko wybicia szyby, kradzieży, czy rys. – tłumaczył się z uśmiechem kiedy przeszyłam go typowym dla mnie wzrokiem.
Droga minęła w ciszy, zastanawiałam się, czy to będzie już koniec i czy będę miała już spokój, przynajmniej ze strony Pete’a. Kiedy powiedziałabym, ze tak. Ale teraz… ta jego druga odsłona nie wyglądała na kogoś, kto łatwo odpuści zlekceważenie swojego słowa. Poniżyłam go. Czułam, że odczuję to bardzo dotkliwie.
Dojechaliśmy na parking, który znajdował się na tyłach budynku wyglądającego na siedzibę banku, albo cokolwiek co zajmuje się głównie papierami i pieniędzmi. Jak się szybko okazało, był to budynek mieszkalny i to właśnie tam osiedlił się ów pan, którego imienia nie dane było mi znać. Przynajmniej jeszcze nie. Nie spieszyło mi się, może dlatego, że nie miałam na nic siły. Marzyłam o łóżku i spokojnym śnie.
- Tu będziesz spała. – wprowadził mnie do dużej sypialni z równie dużym łóżkiem stojącym niemal na jej środku. Całe mieszkanie wzbudzało ogromny zachwyt. Jak na faceta, to koleś ma gust. To musiałam mu przyznać. – łazienka jest tam. – wskazał brodą drzwi w drugim końcu ciasnego korytarza – spotkamy się, kiedy się wyśpisz. – uśmiechnął się uroczo po czym zniknął w otchłani ciemnego mieszkania.

Kiedy się obudziłam, popołudniowe słońce odbijało się o okna budynku stojącego naprzeciw tego, w którym się znajdowałam. Gdzie jestem? Skąd się tu wzięłam? Nie mogłam przypomnieć sobie, czy ostatnie wydarzenia były snem jednakże rozejrzawszy się wokół, stwierdziłam, że naprawdę to się wydarzyło gdyż pokój nie przypominał sali tortur w domu Pete’a. 
No cóż, w ciągu dnia nie spałam najlepiej.
Zsunęłam się z wysokiego łóżka i bosymi stopami przeszłam po połyskujących panelach odgarniając włosy z twarzy. Dzięki zapamiętanym z wczorajszego dnia wskazówkom, udało mi się dotrzeć do łazienki bez żadnych problemów, mimo że czułam się jakby w mojej pamięci była jakaś dziura lub po prostu nie dowierzałam, że to się dzieje naprawdę.
- Dzień dobry. – podskoczyłam słysząc niski głos witający mnie tuż przy progu przydzielonej mi sypialni. Kiedy odwróciłam głowę w stronę źródła głosu, ponownie przywitał mnie serdeczny uśmiech mężczyzny przygotowującego śniadanie. Postawił talerz pełen tostów na stole zastawionym również innymi pysznościami i ponownie spojrzał w moją stronę. – Zjesz ze mną?
Kiwnęłam jedynie głową nie znajdując śmiałości na ulepszenie kontaktu z wybawcą i podeszłam do stołu zajmując najbliższe mi miejsce.
Rozejrzałam się po stole. Czego tam nie było. Facet chyba chce zaobserwować w czym gustuje najbardziej, żeby nie przygotować tego, czego bym nigdy nie tknęła. Poza tym zbliżała się pora obiadowa, a ja jadłam śniadanie. Gotowanie chyba nie szło mu najlepiej, a śniadanie jest proste. Cwaniak.
- Częstuj się. – usłyszałam zachęcający głos, który ponaglił mnie do szybszego zabrania mleka. – Jak się spało? – znowu rozległ się jego głos. – nie spałaś zbyt długo.
- Tak już mam. W ciągu dnia nigdy nie śpię najlepiej.
- Więc jutrzejszego ranka będziesz jak zabita, podejrzewam.
- Możliwe.
- Zabrałaś ze sobą jakieś rzeczy?
- Tak, tyle ile upchnęłam w torbę, z którą przyszłam.
- Dobrze. Myślałem, że pośpisz dłużej, ale skoro tak, to będziemy zmuszeni zmienić plany.
- Co ma.. pan na myśli? – zawahałam się nie mając pewności jak zwracać się do mężczyzny.
- Luke. – uśmiechnął się łobuzersko – na imię mam Luke. Żaden per pan. Cóż mógłbym mieć na myśli, młoda damo? Wracasz do domu.
- Myślałam, że… w tym liście, napisał.. napisałeś, że mam ci pomóc.
- Wiem. Tylko to nie jest takie proste, a ty okazałaś się być młodsza niż się spodziewałem. Nie ma sensu, żebyś miała jakieś kłopoty, chociaż już je niewątpliwie masz. Będziesz musiała przekazać rodzinie, żeby zmienili miejsce zamieszkania.
- Chcesz się po prostu na nim zemścić za to, że cię tam przetrzymywał? – zapytałam ciekawa jego relacji z pobytu w tym domu.
- Nie. Tu nie chodzi o mnie. Gdyby tak było to byłbym po prostu szczęśliwy, że udało mi się stamtąd wydostać bez większego problemu. Po jakimś czasie, ale zawsze coś.
- Więc o co chodzi? – dopytywałam.
- Wiesz.. ja nie byłem tam sam. – najwyraźniej uznał, ze może podzielić się ze mną swoimi przygodami – Nie pochodzę stąd i kiedy ja wraz z moją młodszą siostrą przyjechaliśmy do tego kraju byliśmy kompletnie zieloni. Przypadkiem trafiliśmy na tych ludzi, nie wydawali się tacy, dopiero kiedy już było za późno na podziękowanie za pomoc, okazało się, że ten dom jest wręcz przeklęty. No bo.. jak można trzymać zwłoki w piwnicy? I pomyśleć, że ci ludzie umierali głównie za długi.
Przytaknęłam doskonale rozumiejąc szok towarzyszący przy poznawaniu prawdy.
- Byliśmy tam kilka miesięcy. Mnie nie tknęli. Za to moja siostra obrywała za nas dwóch. Nie wiem dlaczego tak. Może zadzierają tylko ze słabszymi, znaczy… z takimi, którzy dają im pewność wygranej. W każdym razie, zawsze musiałem patrzeć na jej ból bo… albo mnie trzymali, albo do czegoś przywiązywali. Swoją drogą, wolałem by trzymali bo wtedy przynajmniej puścili, z przywiązywaniem było różnie, czasem siedziałem tam ponad dobę. Pewnego dnia.. – zatrzymał się, jakby nie mógł wydusić tego z siebie. Zauważyłam u niego zaszklone oczy. – wszedłem do jej pokoju… a ona leżała na łóżku, nieruchoma, blada, jej oczy były takie puste, wpatrzone w coś, co było bardzo daleko. Całe jej ciało było posiniaczone, zakrwawione. Zabili ją i zostawili w tym pokoju. Musiała tam już trochę leżeć. Wtedy nawet nie wiedziałem, jak postąpić. To właśnie tej nocy odkryłem, że dom nocą stoi pusty.
- Zabrałeś ją stamtąd? – skrzywiłam się na samą myśl uczucia, jakie musiało mu towarzyszyć przy tym widoku. Nie dość, że siostra, to jeszcze młodsza.
- Oczywiście, że tak. Kiedy tylko wszelkie głosy w domu ucichły, zabrałem ją stamtąd w jednym z tych worków, które czekały na użycie. Nie jesteś sobie w stanie wyobrazić, jak się czułem.
- Domyślam się. Nie musisz tłumaczyć. Gdyby nie ty, mój brat mógłby czuć to, co ty teraz.
- Masz brata? – uśmiechnął się przez łzy – Starszego?
Przytaknęłam.
- Czy oni się uwzięli na rozbijanie rodzeństwa?
- Nie wiem… chciałabym ci jakoś pomóc. Słuchaj, jeżeli będę mogła jakoś…
- Poradzę sobie. Ale mam twój numer telefonu, gdyby jednak..
- Skąd? – przerwałam mu
- Kiedy jeszcze spałaś, wziąłem twój telefon by zadzwonić do kogoś z bliskich. W zasadzie to, zadzwoniłem pod ostatni numer, jaki miałaś w połączeniach. Ale powiedzieli, że przyjadą, więc lepiej się pakuj.
- Przecież się nie rozpakowałam.
- Fakt. W każdym razie, zapisałem swój numer no i dokonałem wymiany numerów.
- Możesz na mnie liczyć. – uśmiechnęłam się do niego pocieszająco.
Wstałam od stołu i wróciłam do łazienki, tym razem z kilkoma świeżymi rzeczami, które nie były ani trochę zabłocone. Woda cieknąca z prysznica zagłuszała mi wszystkie, inne dźwięki, więc kiedy stamtąd wyszłam, nie spodziewałam się kilku znanych mi twarzy.
Szłam korytarzem ku przydzielonej mi sypialni, kiedy dopadł mnie, niezauważony wcześniej przeze mnie, Daniel.
- Mała! – krzyknął i objął mnie chyba najmocniej niż kiedykolwiek wcześniej. Urósł, czy mi się wydawało? – Tak się martwiłem… - dotarł do mnie jego zduszony głos.
Odwzajemniłam uścisk równie mocno, jak w przypadku taty, który wycałował mnie na całej twarzy i nie przestawał uśmiechać się ze łzami w oczach.
Po jakimś czasie zza jego pleców wyłonił się Justin, który był dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Odniosłam wrażenie, że kiedy do mnie podnosił zapadła grobowa cisza, a czas biegł w zwolnionym tempie.
Przywarł do mnie niemal mocniej niż mój własny brat. Wpierw byłam w szoku i nie wiedziałam jak mam zareagować, ale nie miałam czasu się zastanawiać, odwzajemniłam uścisk chowając twarz w jego ramieniu.
- Już dobrze… - szepnął mi do ucha i dopiero wtedy zauważyłam, że cała drżę i łzy płyną strumieniem po moich policzkach. Nie puszczał mnie i nic nie wskazywało na to, że miałby taki zamiar. Dziwna była jedynie moja reakcja: nie miałam nic przeciwko, nie chciałam by przestawał.
Justin pomógł mi przejść na kanapę i usiadł obok mnie nie wypuszczając mojej dłoni z silnego uścisku. Wtedy dobiegł do mnie głos brata.
- Justin nam pomagał. Szukał cię. Ba, wylądował przez to w szpitalu. – Daniel jakby wyczytując pytania z mojej głowy, tłumaczył to, że Justin przyjechał z nimi.
Popatrzyłam na chłopaka nadal lekko zamglonym wzrokiem.
- Dziękuję. – powiedziałam bezgłośnie. Dowiedział się co powiedziałam tylko dlatego, iż bacznie mnie obserwował.
Uśmiechnął się do mnie ciepło po czym ucałował wierzch mojej dłoni.
_________________________________________________________
Teraz to przegięłam. Nie było mnie tutaj ponad miesiąc! Gardzę moim brakiem weny, po prostu gardzę! 
Wycisnę z siebie, co będę mogła, ale koniec wyczuwam. Jak się podoba ? (: 

xoxo, ~ms.M