wtorek, 10 kwietnia 2012

17.


Samochód zatrzymał się w środku nocy przed budynkiem, który bardziej przypominał XIX-wieczny zamek niż budynek nadający się do zamieszkania.
Znowu spałam, a przebudził mnie trzask drzwi samochodu po drugiej stronie, zaś ocucił mnie powiew chłodnego, nocnego powietrza, jakie uderzyło w moją twarz kiedy drzwi z mojej strony zostały otwarte.
- Dobrze, że jednak się obudziłaś. – stwierdził Pete stojący nade mną – nie będę musiał cię taszczyć – zaśmiał się tym swoim ironicznym śmiechem i chwycił moje ramię.
Wysiadłam z samochodu i wlepiłam wzrok w budynek przywołujący mi na myśl moich dziadków.
- Tu mam teraz mieszkać? – parsknęłam krzyżując ręce na piersiach.
- Przynajmniej przez jakiś czas. – odparł po czym wyciągnął walizkę z moimi rzeczami z bagażnika – nie jest tak źle, jak może się wydawać. Nie spostrzegłam kiedy chłopak podszedł i stanął tuż za mną gapiąc się na budynek. – rusz tyłeczek, skarbie. – pchnął mnie – wejście jest tam.
Pete wprowadził mnie do środka. Szczerze? Spodziewałam się zapchlonej meliny, w której będzie mnóstwo rozpuszczonych, pijanych (ewentualnie naćpanych) dzieciaków, a tymczasem ogromny hol, w którym rozbrzmiewało echo naszych kroków, był pusty. Z żadnej strony nie dochodziły krzyki, piski czy rozbawione śmiechy.
- Zaskoczona? – byłam zmuszona odwrócić się i spojrzeć na ten ironiczny uśmiech. Patrzył na mnie z dołu, więc ciemne brwi zostały ukryte pod burzą zmierzwionych blond włosów.
- Trochę. – przyznałam- co nie zmienia faktu, że nie jestem zadowolona ze swojego pobytu tutaj. Mieszkasz tu sam? – powróciłam do rozglądania się wokół.
- Samiutki. – znowu się zaśmiał – a co myślałaś?
- Po prostu.. hm… tutaj byłeś przez cały czas?  Skąd ten.. dom? Nie sądzę, żebyś sam na niego zarobił. Nie w tak krótkim czasie.
- Powiedzmy, że to fart. Zwykły farciarz ze mnie. – wyszczerzył się wzruszając ramionami – w każdym razie, jesteśmy tu tylko me. Ty i ja. Twoja sypialnia jest na górze. Trzecie drzwi po lewej. Wpadnę do ciebie potem. – podał mi torbę i odwrócił się po czym jakby sobie o czymś przypomniał odwrócił się znowu zwracając wzrok na mnie i z szerokim uśmiechem dodał – no i jakbyś „bała się” spać sama to dam ci na miary na moją sypialnie. – puścił mi oczko i zniknął za jednymi z drzwi w korytarzu.
Weszłam krętymi schodami na górę i skręciłam w lewo (o ile moja kobieca orientacja znowu nie wycięła mi mało zabawnego numeru). Korytarz wydawał się dłuższy niż mógłby się zmieścić w tym domu i drzwi również tam nie brakowało. Moja matematyka schowała się w kąt. Kilka razy upewniałam się, że trzymam klamkę odpowiednich drzwi zanim przeszłam z beżowego, słabo oświetlonego korytarza do lawendowo-białej sypialni, gdzie zapalone były tylko dwie lampki znajdujące się po obu stronach łóżka. Położyłam walizkę przy drzwiach i podeszłam do łożka zdejmując bluzę. Klapnęłam na miękkim materacu i kręciłam głową zapoznając się z nowym pokojem, który miał należeć do mnie. O ile nie pomyliłam drzwi.
- Ładnie. – powiedziałam niemal bezgłośnie spostrzegając kilka białych mebli, w tym ogromna szafa, kilka komód i nawet biurko z urocza lampką. Pośrodku pokoju stało łóżko pokryte pościelą w kolorze ścian, na którym właśnie siedziałam wlepiając wzrok w każdą rzecz tam obecną i zapewne wyglądając jak idiotka.
- Widzę, że trafiłaś bez niczyjej pomocy. – usłyszałam uroczy śmiech Pete’a – podoba ci się, mała? – zamknął za sobą drzwi.
- Ładnie. – powtórzyłam to,  co chwilę przedtem przyznałam jedynie przed samą sobą.
- Przywykniesz. Pierwsza noc jest zawsze najgorsza, potem to już z górki. – zabłysnął inteligencją i usiadł obok mnie.
Nadal nie byłam zadowolona z faktu, że nie stad ni zowąd wywiózł mnie z domu. Poza tym, chyba nawet pan Marshaw to zauważył. Przyznam, że nie byłam zbyt rozmowna, ani rozbawiona. Ale czy miałam powód? No, chyba nie będę cieszyć się, że ściany sa lawendowa, albo coś w tym stylu. Również myślę, że nie. I nie miałam zamiaru rzucać mu się na szyję, czy okazywać wdzięczności. Nie było powodu. Jakby mało wydarzyło się ostatnio w domu. To trochę tak, jakbym uciekała od problemów. Tylko nie z własnej woli. Melanie pewnie zapewni mi to, by nikt nie pomyślał, że uciekam. Melanie.. czemu nie wpadłam od razu żeby do niej zadzwonić?
- Możesz wyjść? – patrzyłam na lustro wiszące obok szafy – chcę być sama.
- Jasne. – odparł cicho po czym wstał i bezgłośnie wyszedł z pokoju.
Od razu rzuciłam się do walizki. Może to głupie, ale aż nie mogłam uwierzyć w to, że potrafię zapomnieć o komórce kiedy mam ją przy sobie, więc pomyślałam, że Pete zwinął ją razem z rzeczami. Błąd. Telefonu nie znalazłam między ciuchami, mimo że przekopałam dokładnie każdy kąt walizki. Obmacałam się wokół bioder, po kieszeniach spodni, ale tam też nie było nic prócz spranego biletu autobusowego i drobnych. Rozejrzałam się po pokoju. Ostatnia nadzieja dla mnie znajdowała się na łóżko, a mianowicie, moja bluza. Jeżeli telefonu nie byłoby tam, to oznaczałoby, że został w domu, a to jest niewybaczalne i okropne.  Na szczęście niemal całkiem rozładowany telefon znalazłam w kieszeni bluzy. Jak ja lubię utrudniać sobie Zycie. Siedziałam obok niej, przecież mogłam ją sprawdzić na samym początku.

- Destiny! O matko, kamień z serca! Gdzie on cię zabrał?! – w słuchawce szybko zabrzmiał piskliwy i rozgniewany głos mojej przyjaciółki.
- Nie wiem, Mel… zasnęłam po drodze, nie mam pojęcia, gdzie jestem. Wiem tyle, że poza miastem. Rozmawiałaś może z moim tatą?
- Tak. Zrobiłam tak, jak mówił Pete. Tylko, ze… - urwała.
- Tylko, ze co?! – podniosłam głos.
- Tylko, ze twój tata był zaskoczony. On nic nie wiedział… no chyba, że tylko ja odniosłam wrażenie, że to była jakaś chora zmowa. Oczywiście wtedy to tak brzmiało, teraz widzę, że Pete nas wycyckał.
- Mel, przecież znasz mojego tatę. Będzie mnie pilnował do trzydziestki.
- Powiedział, że zadzwoni do ciebie, Des. Jemu już chyba będziesz musiała zdradzić więcej szczegółów.
- Żeby je jeszcze znała!
***
Pchnęła go na ścianę i oparłszy dłonie na jego piersi przyssała się do ust chłopaka.
- Carmen… - mruknął ledwie się od niej odsuwają – nie teraz. – dodał bardziej stanowczo odpychając dziewczynę.
- Oj, nie udawaj niedostępnego. – powiedziała niskim głosem po czym ponownie przylgnęła do Justina sunąc dłońmi w dół jego ciała.- o co ci chodzi?
- Ludzie patrzą. – syknął – zapomniałaś, że jesteśmy w szkole, a szkoła to miejsce publiczne.
- Oh, Justinie… - mruknęła muskając szyję chłopaka – niech patrzą. Zachichotała nad jego uchem.
- Nie obmacuj mnie. – warknął po czym zsunął gwałtownie dłonie dziewczyny ze swoich bioder.
- Bo co? Moja siostrzyczka zrobiłaby to lepiej? – parsknęła – kto by powiedział, cicha woda.
- Odwal się, co? – zmarszczył brwi – nie jesteś pępkiem świata. Nie możesz mieć wszystkiego, czego chcesz, kiedy tylko chcesz.
- Już to mówiłeś. – przewróciła oczami – ale stać się pępkiem twojego świata wcale nie jest tak trudno.
- Nie cenię siebie aż tak nisko. – odparł nie patrząc w stronę Carmen.
- Słucham?! – oburzyła się na tyle głośno by zwrócić uwagę wszystkich ludzi w korytarzu.
- To, co słyszałaś, Carmen. Stajesz się nudna, wiesz? – w końcu na nią spojrzał – nara. – rzucił po czym odbił się od ściany i odszedł narzucając kaptur na głowę. Nie odwrócił się mimo równie głośnego jak i piskliwego, oburzonego głosu Carmen, który był niewątpliwie skierowany pod jego adresem.
Po co to zrobił? Przecież mógł się jeszcze pobawić. Coś się działo. Wcześniej w życiu nie zrobiłby czegoś takiego. Chociaż nie. Nie po to tu jest. Nie ma sensu zawracać sobie głowy kimś takim, jak Carmen. Jednak nie mógł pozbyć się myśli, że dzięki niej łatwiej byłoby mu dotrzeć do odpowiedniej osoby.
____________________________________
CZEŚĆ! 
Zastanawiam się dlaczego ten rozdział jest taki krótki bo w zeszycie zajmuje tyle, ile każdy rozdział zawsze zajmował. 
Znowu muszę was przeprosić za nieobecność. Nie miałam dłuższej chwili, żeby usiąść i napisać cokolwiek. Dopiero kiedy przyszły święta i kilka dni wolnego udało mi się coś napisać. Postaram się to jakoś 'wpisać w harmonogram'. 
Mam nadzieję, że nie jest tak źle, jak mi się wydaje (co do rozdziału) :) Pozostawiam wam ocenę :)