czwartek, 23 sierpnia 2012

26.


- Nie będę z nikim rozmawiać! – wrzasnęłam najgłośniej, jak tylko potrafiłam i trzasnęłam z całej siły drzwiami od swojej sypialni. Zeszłam na dół, tylko na chwilę, a okazało się, że ten spróchniały doktorek znowu tam siedzi i przesłuchuje mieszkańców domu.
Rzucił mi zdecydowane spojrzenie, a ja momentalnie zerwałam się z miejsca i pobiegłam z powrotem na górę.
- Destiny! – Justin krzyczał pod moim drzwiami, które były zamknięte, a zamek na tyle wytrzymały by nie wyrwał się pod wpływem nacisku, jaki powodował od drugiej strony. W zasadzie nie musiał Az tak się wydzierać, siedziałam pod drzwiami, wszystko doskonale słyszałam.
- Nie będę z nikim rozmawiać! – powtórzyłam, a chłopak najwyraźniej szybko zorientował się skąd dobiega mój głos. Usłyszałam jak zsuwa się po drzwiach. Niemalże czułam jak opiera się prawym ramieniem o drzwi.
- Otwórz drzwi. – odezwał się znów po chwili.
- Nie. – odparłam zdecydowanie. Wyszło mi to nawet bardziej zdecydowanie niż miałam w nadziei. Drżałam cała. Oni niczego, kompletnie niczego nie rozumieli.
- Dlaczego? Des, co się stało? – zrozumiałam, iż miał na myśli to, że kiedy pierwszy raz zobaczyłam doktorka, nie zachowywałam się tak samo. Ale to była przecież zupełnie inna sytuacja. Wtedy nie wiedziałam kim on jest. Co prawda, dziwne było to, że wlazł do mojego pokoju i rozsiał się, jakby był u siebie, ale dobre było to, że się nie ruszał. Zachowywał się jak ojciec, który był tak zmieszany, że często wyglądał jak posąg.
- Nie będę z nim rozmawiać i już! – pisnęłam tak głośno, że odruchowo zamknęłam przy tym oczy.
- A z kim będziesz? – nie odpuszczał. Dziwił mnie fakt, że nie podnosił głosu, tylko na początku. Hm, może wtedy myślał, że zamierzam popełnić samobójstwo w zamkniętym pokoju? Głupota. Chociaż w tej sytuacji, zależy jak na to spojrzeć.
- Z nikim! – znowu wrzasnęłam – Wy nic nie rozumiecie! Przestańcie ze mnie robić jakąś pieprzoną wariatkę! – tym razem rozpłakałam się i drżąc na całym ciele wstałam spod drzwi kopiąc w nie z całej siły.
- Destiny, uspokój się. – usłyszałam głos Daniela. To oni tam wszyscy stali? – Nikt nie robi z ciebie żadnej wariatki. I czy możesz wyjaśnić o czym ty mówisz? Czego nie rozumiemy?
- Niczego. – warknęłam tak złośliwie, że sama nie rozpoznałam własnego głosu. – Niczego. I nie zrozumiecie. Chcecie się mnie pozbyć? Proszę bardzo. Ale nie w ten sposób. Nic wam nie powiem. Nic. Nie wydusicie ze mnie ani słowa. Jasne? – stałam na środku pokoju wpatrując się w drzwi tępym wzrokiem.
- Co jest, do cholery. – któryś z nich warknął pod nosem. Nie skupiałam się  na tym, by rozpoznać głos. Po prostu mówili, słowa płynęły w powietrzu, aż w końcu osiadały w moich uszach.
Wzdrygnęłam się kiedy usłyszałam głośny huk i zauważyłam, że drzwi wejściowe do mojej sypialni zadrżały.
- Co ty wyprawiasz?! – wrzasnęłam z wściekłością – Porąbało cię?! Chcesz mi drzwi wywalić i zabrać jedyne miejsce, gdzie żaden z was nie gapi się na mnie z litością?! – podeszłam do drzwi i chwyciłam za klamkę, ale nie otworzyłam ich. – A z resztą, rób, co chcesz. Ale stoję tu, jeśli wywalisz te drzwi z zawiasów, polecą razem ze mną.
- Destiny, co ty najlepszego wyprawiasz? – usłyszałam spokojny głos, na którego rozpoznaniu ponownie się nie skupiłam.
- Przecież nic nie robię. – odpowiedziałam bez zastanowienia. Przecież tak właśnie było. – Stoją grzecznie w swoim WŁASNYM pokoju.
- Dlaczego nas tam nie wpuścisz?
- Nie zamierzam spędzać czasu z kimś, kto robi ze mnie wariatkę. Nie potrzebuje żadnej pomocy psychiatry, jasne? Jeszcze raz ten staruch wlezie do tego domu, a gorzko pożałujecie. Wszyscy. – warczałam wbijając wzrok w drzwi kompletnie bez opanowania. Słowa same przychodziły, ale jakby wywodziły się z jakiejś nieznanej części mnie.
- Co w ciebie wstąpiło?! Destiny, dość tego. Słyszysz? DOŚĆ. – to był ojciec. Nie miałam problemu z rozpoznaniem. Jego głos rozbrzmiał jak trzaski starej, drewnianej podłogi w środku nocy. Był znacznie głośniejszy niż powinien, pewnie dlatego tak szybko go rozpoznałam.
Nie zdążyłam się zorientować kiedy z piskiem strachu zostałam odepchnięta przez drzwi na bok na tyle mocno by wygiąć się w pół i odczuć to dość mocno.
- Tato! – rozległ się przerażony krzyk mojego brata. Widziałam wszystko jakby zza ściany wody, albo zabrudzonego lustra weneckiego. Przez chwilę poczułam się jakby mnie tam z nimi nie było, jakby byli gdzieś dalej, a ja byłam tylko intruzem, który ich podglądał bez wiedzy obserwowanych.
Stałam przez chwilą skulona po czym podniosłam się i spojrzałam w stronę trójki mężczyzn. Zerknęłam na drzwi, tata wyłamał jedynie zamek. Szlag by to. Znowu przeniosłam na nich wzrok tak otępiały, jakby coś mnie opętało. Niestety tak to musiało wyglądać. Drżałam, patrząc na nich nieco z dołu i dokładnie przyglądając się im, aby nie przegapić niczego, co zrobią.
- Boże, ty płaczesz. – głos wydobył się ze strony, z której stał Justin. Szybko zauważyłam, że się do mnie zbliża. Powoli, ale jednak nie byłam na tyle zszokowana zachowaniem ojca, żeby tego nie zauważyć.
- Przestań!!! – wrzasnęłam ile sił w płucach – Nie zbliżaj się do mnie!!! – w tym momencie każdy z nich stał nieruchomo patrząc w moją stronę. Mierzyłam każdego po kolei wzrokiem nie zdając sobie sprawy z tego, jak strasznie wyglądam. Dziecko z horroru bez celowej charakteryzacji. – Po co to zrobiłeś? Co chciałeś tu zastać?! – zwróciłam się do taty.
- Destiny, słonko… - zrobił krok w moją stronę, a ja zrównoważyłam się cofnięciem o tyle samo. Wtedy spuścił głowę na moment i chyba był to moment, w którym postanowił, że nie będzie zmniejszać dystansu między nami – Wiesz, że nie chcę dla ciebie źle. Wystraszyłaś mnie.
Zawahałam się. Spuściłam wzrok analizując wszystko, ale niczego nie potrafiłam zrozumieć. Oni niczego po prostu nie rozumieli. Tak, to było to.
- Bredzisz. – warknęłam – dlaczego od razu nie wyślecie mnie do jakiegoś pieprzonego szpitala dla psycholi?
- Des, przestań. – ktoś wtrącił się do rozmowy, kiedy odwróciłam głowę zauważyłam, że przede mną znajduję się tylko dwóch facetów. Odwróciłam głowę i pisnęłam przestraszona, ale Justin się nie zniechęcił. Objął mnie mocno stojąc za mną. Objął tak, bym nie mogła ruszyć rękoma. Albo to ja byłam słaba, albo po prostu on znacznie silniejszy ode mnie, co uniemożliwiło mojemu wierceniu wydostanie się z uścisku.
Pochylił się opierając delikatnie głowę na moim ramieniu i uciszając mnie czule. Nie puszczał, mimo że marzyłam o tym od samego początku. Zrezygnowałam z dalszego wyrywania się tylko dlatego, że to nie miało sensu. I tak bym się nie wyrwała.
- Powiesz mi teraz co się stało? – nadal mnie trzymał, ale pozwolił sobie na kolejny krok, zachowując środku ostrożności. Jego głos nie był wścibski, ani denerwujący. – Co cię tak zdenerwowało?
- Nic. – burknęłam – Z resztą to nie jest twoja sprawa. – zabolało go to. Jego wyraz twarzy mówił sam za siebie. Spróbowałam wykorzystać chwilę i się wyrwać, ale szybko okazało się, że nie zwolnił uścisku. Po chwili podniósł z powrotem głowę i spojrzał na mnie.
- Wcześniej się tak nie denerwowałaś. Boisz się czegoś? – nie zahamował również swojej czułości. Przesunął rękę ku górze nie odrywając jej ode mnie. Cwaniak, wiedział, że mogę spróbować znowu się wyrwać, a jedną ręka mnie nie utrzyma. Zatrzymał dłoń na policzku, otarł go delikatnie (okazał się być cały zalany łzami), a potem wykonał to samo na drugim.
- Nie. – odparłam obojętnie. – Nie chcę. Ja… nic wam nie powiem. Nie mogę, ja ich nie znałam, nie wiedziałam, nie mogłam nic zrobić. Nie mam z tym nic wspólnego. – głos mi się łamał. Drżałam cała i kolejne łzy ciekły po policzkach.
- Hej, Destiny. Uspokój się. O czym ty mówisz? – nie puszczając mnie przeszedł na drugą stronę by patrzeć prosto na mnie. Jednocześnie zasłonił mi widok brata i ojca, ale to nie było jego zamiarem. – Jacy oni? – chyba starał się uspokoić mnie tonem głosu, ale nie dawało to rady.
Zgubiłam się. Nie wiedziałam, co mu odpowiedzieć. Widziałam, że czeka. Wiedział, że w końcu pęknę. Zawsze to robił. Może nie zdawał sobie z tego sprawy, ale potrafił przełamać we mnie barierę, która blokowała potok słów gromadzących się w głowie.
Byłam pewna, że widziałam już w życiu zbyt wiele. Bałam się codziennie o to, że ktoś wpadnie do domu i będzie chciał się czegoś ode mnie dowiedzieć. Ale ja nie mogłam. Przecież wtedy… wtedy oni by mnie znaleźli i znowu zabrali z domu. Co by wtedy było? Jeśli historia powtórzyłaby się, nie sądzę, aby miała takie samo zakończenie. Niezależnie od tego, jaką pewność co do tego mieliby ci trzej mężczyźni stojący w pokoju. Wtedy już na pewno bym nie wróciła. A co jeśli uwzięliby się także na nich? Justin? Daniel? Tata? Mieliby stać się kolejnymi ofiarami? Tylko dlatego, że wychlapałam coś, czego nie powinnam była nawet wspominać we własnej głowie?
- Nic nie wiem. – odparłam nie wiem po jakim czasie namysłu. Wypowiedziałam te słowa tak szybko, że zabrzmiało to jak „nynewe”. Jednak nie miałam zamiaru powtarzać wolniej. Drżałam tak bardzo, że nie mogłam zdobyć się na nic lepszego.
- Kwiatuszku, uspokój się. – czułym gestem odgarnął niesforny kosmyk włosów z mojej twarzy. – Nie musisz się niczego bać. Pamiętasz co ci obiecałem? Nic ci już nie grozi. Stanę na rzęsach, żeby ci to zapewnić. Możesz nam powiedzieć. – znowu to robił. Przełamywał to coś, co we mnie tkwiło i odbudowywało się co jakiś czas. Proces się powtarzał. On to łamał wydobywając ze mnie każde wspomnienie, a to po jakimś czasie znowu się pojawiało.
Popatrzyłam na niego niepewnie z dołu znowu zaczynając rozmyślać. Nie chciałam o tym mówić, nawet nie wiedziałam jak, ale z drugiej strony skoro już zaczęłam i tak o wszystkim się z nim dzielić i zawsze w pewien sposób potrafiło mi to ulżyć… nie bardzo, ale jednak.
Obróciłam głowę i spróbowałam wyswobodzić jedną rękę. Justin odpuścił od razu, jednak resztę mojego ciała nadal dość mocno ściskał. Wskazałam laptopa, po czym spojrzałam ponownie na Justina. Po jego obu stronach znaleźli się Daniel i mój tata.
- Co tam jest?
Pokręciłam głową.
- Nie możesz nam powiedzieć, czy po prostu nie chcesz?
- Boję się. – szepnęłam wyczerpanym głosem.
- Czego?
- Że oni po mnie wrócą. – nadal szeptałam niepewnie.
- Nikt po ciebie nie wróci. – przytulił mnie bardzo mocno do siebie i przytrzymał tak przez chwilę.
Znowu spojrzałam na laptopa i patrzyłam tak tępo przez chwilę po czym stwierdziłam, że powiedzieć nie potrafię, ale są inne sposoby, aby coś przekazać.
Wyrwałam się z objęć Justina, który albo się przestał pilnować, albo stwierdził, że już nie będę się rzucać i po prostu puścił. Podeszłam do laptopa i jak najszybciej otworzyłam ostatnio otwierane strony. Kiedy już włączyłam odsunęłam się patrząc na niego znacząco.
Podszedł zajmując przestrzeń między mną, a biurkiem i pochylił się nad ekranem. Odwrócił się i spojrzał na mnie kompletnie zmieszany.
- Sam chciałeś. – nie spuszczałam z niego wzroku odkąd tylko podszedł – Powiedzieć nie mogę.
- Znasz ich? – do biurka zbliżyli się także Daniel i tata, którzy również szybko zorientowali się, że otwarta strona przedstawia ciągle powiększającą się listę osób zaginionych z Nowego Yorku i okolic.
Pokręciłam głową.
- Masz zamiar w ten sposób mi odpowiadać?
Wzruszyłam ramionami. – Raczej tak. Inaczej nie umiem, przykro mi. To niełatwe.
- Rozumiem. Więc.. to ich sprawka, że ci ludzie zaginęli? – wszyscy w pokoju zrozumieli kogo Justin ma na myśli.
- Oni nie żyją. – zmieniłam taktykę odpowiadania. Odpowiedziałam bezbarwnym głosem. – A ja na to wszystko patrzyłam i nic z tym nie zrobiłam. Nie zdążyłam…
- Des, przecież nie mogłaś. W takiej chwili każdy myśli o sobie.
- Nieprawda. Justin, oni mnie błagali o pomoc. To nie była przyjemna śmierć. On ich dręczył. – zatrzymałam się przygryzając wargę i uciekając wzrokiem.
- Dlaczego bałaś się nam o tym powiedzieć? Przecież od samego początku wiedzieliśmy, że nic dobrego się tam nie działo.
- Bo nie chcę, żeby ktoś przekazał coś dalej. Oni.. ja.. wypuściłam kilku z nich, ale nie wiem co się z nimi stało.. nie wiem, czy ktoś się o tym dowiedział, ale nie sądzę, żeby ktokolwiek miał problem z zauważeniem braku człowieka. Więc pewnie tego tak nie zostawią. Znajdą mnie, Justin. Będę musiała za to odpowiedzieć, złamałam ich zasady.
- Destiny, nikt cię tu nie znajdzie. Przestań pleść głupoty. – podszedł i przytulił mnie – Wszystko będzie dobrze. – westchnął i wtedy po raz pierwszy usłyszałam powątpiewanie w jego głosie.
______________________________
Jak przystało na spójność bloga, dzięki nagłówkowi mamy rozdział pisany z pomocą piosenki Miley Cyrus - When I Look At You. ♥
Nie napiszę, że nie miałam weny, bo nie było najgorzej, a poza tym pod ostatnim postem zostało stwierdzone, iż to nie może być brak weny, haha (: 
I JAK SIĘ PODOBA? ♥ 
xoxo, ~ ms. M